10. Sztylet
- Czyli cały jej dar… cała ta
niezwykłość… to po prostu wyuczenie?
- Dokładnie, Hermiono.
Harry uśmiechnął się triumfalnie do przyjaciółki. Fakt, że Circe nie była wyjątkowa i że będzie mógł jej to wypomnieć przy najbliższej okazji, dawał mu dziwną satysfakcję. Obawiał się tylko, że albinosce może się to nie spodobać bardziej, niż się tego spodziewał, a co za tym idzie – skończyć próbą wpakowania go na OIOM w Mungu. Nie żeby nie potrafił się obronić przed atakami Circe. Gdyby jednak spróbował, trafiliby tam oboje, a potem zaraz do kostnicy, gdy tylko Feeney dowiedziałby się o ich bezprawnym „pojedynku”.
- Ta książka jest… bardzo ogólna – stwierdziła Hermiona, przebiegając spojrzeniem po co drugiej stronie
Podręcznika magii bezróżdżkowej. – Aby rozpocząć zrywanie więzi między emocjami a magią należy użyć zaklęcia rozdzielenia – przeczytała. – Trzeba pamiętać, iż zaklęcie to jest zbyt słabe, by na stałe zerwać więź. Dlatego też, zaraz po użyciu zaklęcia, należy utwierdzić dziecko w przekonaniu, że nie może łączyć emocji z magią. Co za ogólnikowe masło maślane! – warknęła, zamykając książkę.
- W końcu to tylko wskazówki, nie? – zasugerował Harry, opierając się o biurko Hermiony, tuż obok przyjaciółki.
Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa.
- Śmieszne… ta książka nie ma nawet pięciuset stron!
- Racja… w ogóle nie powinniśmy nazywać jej książką – ironizował Harry. –
Książka powinna mieć minimum tysiąc.
- Och, zamknij się – bąknęła i rzuciła książkę na biurko. – Nie moja wina, że lubię czytać, a ostatnio mam na to mało czasu.
- Czyżby panicz Malfoy dawał się we znaki?
Oboje spojrzeli na Dracona, który, siedząc przy stoliku pod oknem, starał się transmutować mały kijek w sztylet. Póki co, patyk zmieniał kształt, ale nadal pozostawał drewniany Po kolejnej nieudanej próbie, Draco odłożył ze złością różdżkę i spojrzał buntowniczo na Harry’ego.
- To jest bez sensu i jest nużące. Nudzi mi się – stwierdził z boleścią w głosie.
- To się czymś zajmij – odpowiedział Harry.
- Może uprzykrzaniem ci życia? – zaproponował ironicznie Draco.
Auror prychnął kpiąco i zwrócił się do Hermiony.
- Coraz bardziej przypomina siebie.
- Albo wraca mu pamięć, albo ma to po prostu we krwi – odpowiedziała, nie siląc się nawet na powagę.
- Możecie nie mówić o mnie, jakby mnie tu nie było? – warknął Malfoy i ze skupieniem przystąpił do kolejnych prób transmutowania patyka.
Odkąd Harry powiedział Draconowi, że go nie lubi, ten nabrał do aurora większego dystansu i już tak bardzo nie zabiegał o jego przyjaźń. Zaczął ironizować, docinać. Harry za to z dosyć sporym zdziwieniem zauważył, że niechęć Malfoya wywoływała u niego dziwny żal, którego nie potrafił uzasadnić. Może po prostu zaczął się do tego chłopaka przyzwyczajać? A może fakt, że, poza wyglądem fizycznym, do tej pory nie przypominał dawnego Malfoya?
- Idę po Circe – powiedział Harry. – Musimy zajrzeć jeszcze raz do mieszkania Medlowa.
Hermiona kiwnęła głową i z miną zdegustowanego znawcy książek zabrała się za dokładniejsze studiowanie
Podręcznika magii bezróżdżkowej.
Harry tuż przed wyjściem odwrócił się i spojrzał na Malfoya nadal nie mogącego zmienić patyka w sztylet.
- Hej, Draco – zwrócił się do niego.
Malfoy spojrzał na niego zaskoczony – Potter prawie nigdy nie zwracał się do niego po imieniu.
- Spróbuj energiczniej pociągnąć nadgarstkiem w górę.
Draco z pewną dozą nieufności zrobił to, co zasugerował Harry. Patyk zmienił się w piękny, lśniący sztylet.
Harry oparł się o ścianę i przymknął oczy. Właściwie to mógłby to wszystko totalnie, bezceremonialnie
olać. Nikomu nic nie powiedzieć, spakować się i zwiać na drugi koniec świata. Albo po prostu tu i teraz się teleportować. I zapomnieć. Ktoś inny rozwiązałby śledztwo, ktoś inny męczył się z Circe, ktoś inny pokonał Voldemorta. „Ktoś inny tęskniłby za przyjaciółmi i szukał ich zastępstwa wśród dawnych wrogów”, przemknęło mu przez myśl. Potrząsnął lekko głową. „I ktoś inny sterczałby tutaj jak idiota, zamiast wziąć się w garść i zakończyć ten cały koszmar”, skarcił się w duchu. Narzekał jak jakiś kompletny gamoń, który nie potrafi sobie radzić z problemami. Otworzył oczy.
Drgnął odruchowo, gdy zobaczył przed sobą dużą, pulchną twarz o nienaturalnie zaróżowionych policzkach, długich siwych wąsach i piwnych oczach, w których gościła niczym niezmącona, szczera radość.
- Memoret – wykrztusił Harry, starając się uśmiechnąć. – Zaskoczyłeś mnie… jak zawsze.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. John Memoret był szefem biura amnezjatorów i zarazem najlepszym amnezjatorem w Anglii. A może nawet na świecie, jak sam nieskromnie lubił mówić. Był on także niezwykle szczery, niemal zawsze wesoły i odrobinę dziwny. Gdziekolwiek się pojawiał, robił to tak niezauważalnie, że dziewięćdziesiąt procent osób, które w końcu go dostrzegły, drgały nerwowo jak przed chwilą Harry albo nawet podskakiwały przestraszone. I choć na pozór John wydawał się bardzo miły, mało kto naprawdę go lubił. Szczególnie jeśli chodziło o płeć piękną – Memoret był zapalonym kobieciarzem. Nie przeszkadzało mu w tym nawet długoletnie, podobno szczęśliwe, małżeństwo.
- Idę właśnie do twojego biura – wyjaśnił amnezjator. – Doszedłem do wniosku, że prędzej ja zajdę do ciebie, niż ty przyjdziesz do mnie z tym swoim Malfoyem.
John podrapał się w mały, ledwo zauważalny nad gęstym wąsem, nos. Owa część twarzy wyjątkowo nie pasowała do całej reszty – tak jakby ktoś się pomylił i włożył złą część układanki.
- Malfoy jest w biurze Hermiony – odparł Harry, zanim ugryzł się w język. – Y… to znaczy…
- Hermiona też tam jest? – John uśmiechnął się szeroko.
Harry ledwo powstrzymał jęknięcie, ale kiwnął lekko głową. Nie było sensu okłamywać amnezjatora – i tak w końcu musiałby zaprowadzić go do Malfoya, a więc i do Hermiony.
- Świetnie! – ucieszył się John – W takim razie sam tam pójdę, a ty pracuj dalej nad śledztwem.
Memoret mrugnął do Harry’ego, odwrócił się i ruszył w stronę biura Hermiony, pogwizdując wesoło. Auror sekundę wahał się, czy pójść jednak za nim, czy trzymać się swoich planów. Po chwili skierował się do pokoju Circe. W końcu Hermiona potrafiła sobie jako-tako poradzić z Memoretem i okazywała zażenowanie jego zachowaniem naprawdę sporadycznie.
Niespodziewanie głowę Harry’ego przeszył ostry ból, a blizna zapiekła go, jakby ktoś przyłożył do niej rozgrzany do białości pręt. Chłopak chwycił się za czoło i oparł o ścianę. Świat wokół niego rozmazał się tylko po to, by zaraz wyostrzyć. Teraz jednak nie był już w Kwaterze Głównej, ale w jakimś ciemnym pokoju, oświetlonym jedynie słabym światłem dogasającego ognia w kominku. Był wściekły. Patrzył z odrazą na klęczącego przed nim mężczyznę w czarnej szacie.
- Chcesz mi się sprzeciwić Glizdogonie? – wypowiedziane przez Harry’ego pytanie bardziej przypominało syk, niż słowa.
- Nie, nigdy, Panie… - odpowiedział mężczyzna, pochylając głowę tak nisko, że prawie dotykał czołem dywanu.
- Więc tak jak powiedziałem, nie waż się użyć różdżki. Zrozumiano?
- Tak, Panie…
Obraz ponownie się rozmył, ale tym razem nastała całkowita ciemność. Trwała może parę sekund – póki Harry nie odsunął rąk od twarzy i nie otworzył oczu. Siedział na podłodze, opierając się plecami o ścianę, ból głowy powoli zanikał. Harry rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie było. „Widać wszyscy w swoich biurach, albo poza Kwaterą. I dobrze…”, pomyślał i spróbował wstać. Okazało się, że nie jest to takie proste przy trzęsących się nogach. Wziął parę głębokich oddechów i w końcu się podniósł, choć kolana miał nieco miękkie. Ostatnimi czasy wizje, choć naprawdę sporadyczne, stały się jakby wyraźniejsze, ale i bardziej bolesne.
Kiedy już się całkowicie uspokoił i stwierdził, że później zastanowi się nad tym, co zobaczył, zapukał do drzwi Circe. Odpowiedziała mu cisza. Westchnął i zapukał ponownie, a gdy i tym razem nie było odzewu, po prostu wszedł do pokoju. W pierwszej chwili pomyślał, że nikogo nie ma. Zaraz jednak zauważył nieprzytomną Circe, leżącą na podłodze, tuż obok biurka. Natychmiast podszedł do niej, sprawdził puls i oddech. Wszystko wydawało się w porządku. Wyglądało na to, że dziewczyna jedynie straciła przytomność.
- Circe. – Poklepał ją lekko po policzku, starając się ocucić. – Circe.
Dziewczyna jęknęła cicho, na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Otworzyła oczy i zamrugała.
- Co jest grane? – zapytała cicho.
- Myślałem, że ty mi to powiesz – odparł Harry, pomagając Circe wstać.
Dziewczyna, opierając się na jego ramieniu, spojrzała na aurora trochę niepewnie i przygryzła dolną wargę.
- Co się stało? – zapytał Harry.
- Chyba zemdlałam – odpowiedziała.
- Tak po prostu?
Circe spojrzała na Pottera, marszcząc lekko brwi. Wciąż opierała się na jego ramieniu, a on obejmował ją delikatnie w talii.
- Nie pamiętam – mruknęła. – Tak po prostu, nagle… Wstałam. Chciałam pójść do ciebie. Ale widocznie mi się nie udało.
- Jak się czujesz?
- Wbrew pozorom całkiem nieźle. Tylko nie pytaj, czy wiem, kiedy zemdlałam – powiedziała, jakby czytała mu w myślach. – Nie spojrzałam na zegarek, a nie wiem, jak długo tu leżałam. Po co przyszedłeś? – zapytała, patrząc mu w oczy.
Znowu przeszywała go tym swoim spojrzeniem. Znowu czuł się, jakby chciała zajrzeć do jego myśli, wwiercić swoją świadomość w jego. I choć było to niesamowicie denerwujące, potrafił to w jakiś sposób zignorować. Tym bardziej, że nie wiedzieć czemu, skupił się teraz na całkiem innym uczuciu – na trosce, która go ogarnęła, odkąd pomógł Circe wstać. Dziewczyna wydawała się taka krucha w jego ramionach… Wprawdzie była drobną kobietą, ale jej charakter zawsze dodawał jej w oczach Harry’ego jakiejś siły. A teraz, przez chwilę wydawała się tak delikatna… „Że co!”, warknął w myślach.
Zamrugał i odsunął się od dziewczyny, zmuszając ją do samodzielnego stania.
- Idziemy do mieszkania Medlowa – odpowiedział. – Trzeba je jeszcze raz dokładnie obejrzeć i… sam nie wiem. Musimy coś znaleźć.
Kiwnęła głową, zgadzając się. Wyszli w milczeniu.
Harry cofnął zaklęcie blokujące drzwi do mieszkania i wszedł do środka.
- No wiesz?! – Usłyszał głos Circe i spojrzał na nią przez ramię. – Co z ciebie za facet?!
- Stuprocentowy – odpowiedział spokojnie, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi dziewczynie.
- Stuprocentowy facet przepuszcza kobietę pierwszą – warknęła z oburzeniem.
- A co z ciebie za kobieta? – prychnął i wrócił do rozglądania się po pokoju, ignorując jednocześnie resztę komentarzy Circe.
Wszystko było na swoim miejscu. Nawet najmniejszy pyłek nie zmienił chyba swojego położenia. Po co tu w ogóle przyszedł? Co takiego chciał znaleźć? Nikt na pewno nie wchodził tu od czasu przeszukania, a wtedy nic nie znaleziono.
Circe najprawdopodobniej była podobnego zdania, bo rozglądała się po pokoju z miną wyrażającą coś pomiędzy niezadowoleniem, a znudzeniem.
Harry wyczarował tuż przy meblościance drewniane krzesło z oparciem, na które wszedł, i zaczął je lewitować. Krzesło uniosło się na tyle wysoko, żeby mógł spojrzeć, co znajduje się na meblach. Nic jednak, poza grubą warstwą kurzu, nie odnalazł.
- Harry, to nie ma sensu – westchnęła Circe żałośnie.
- Zamiast marudzić, rozejrzałabyś się – odparł, zeskakując z krzesła, które natychmiast zniknęło. – Przy takim podejściu nic nie znajdziemy.
- Bo nie ma, co znaleźć – warknęła dziewczyna, ale zaczęła chodzić po pokoju, bezskutecznie usiłując znaleźć… cokolwiek.
Harry w duszy przyznał jej rację – to nie miało najmniejszego sensu. To tak jakby starał się na siłę powiązać sprawę śmierci notariusza i Rona, a przecież mogły to być dwa zupełnie różne morderstwa. No i fakt, że Medlow zginął niedługo po Ronie i że był jego notariuszem, mógł być zupełnie przypadkowy.
Usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Po co on w ogóle się stara? Po co męczy się z tym dochodzeniem, z Circe, z Voldemortem? Prościej by było przyłączyć się do Voldemorta. Stanąć w szeregu jego zwolenników i nie musieć się martwić, że Tom Riddle dorwie go prędzej czy później. Przecież nie musiałby zostać Śmierciożercą, nie musiałby mordować – wystarczy, że obiecałby Voldemortowi, że nie zabije jego. No i oczywiście Czarny Pan musiałby przysiąc, że nie skrzywdzi bliskich Harry’ego. No i bliskich tych bliskich. I… tak dalej. Czyli, że ogólnie rzecz biorąc, nie tknie całego świata.
- Czyli jestem w punkcie wyjścia – mruknął pod nosem.
Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Spojrzał w bok – Circe stała przy nim i patrzyła na niego z czymś na kształt współczucia. Nie uśmiechała się, nie wyrażała swoją miną nawet grama sympatii – ona go po prostu żałowała. Harry’ego przygnębiło to jeszcze bardziej – jeśli Circe go żałowała, musiał wyglądać tak fatalnie, jak się czuł. A czuł się niemalże tragicznie. Dziewczyna drgnęła, gdy o tym pomyślał, jakby usłyszała jego myśli i się ich wystraszyła. Harry jednak nie zwrócił na to większej uwagi, tylko powstrzymał westchnienie, które prawie wyrwało się z jego piersi.
Zapewne siedziałby tak jeszcze parę minut, zastanawiając się, czy nie odszukać Voldemorta i nie wyzwać go na pojedynek, żeby wygrać go albo przegrać i mieć już święty spokój. Jego uwagę przykuł jednak delikatny błysk tuż przy nodze łóżka, gdzieś między połami zwisającej kapy na łóżko. Schylił się i rozciągnął lekko materiał – na podłogę spadło coś lekkiego i niewielkiego. Kiedy podniósł to i przyjrzał się, okazało się, że to złota spinka do szaty. Z maleńkim szmaragdowym wężem w kształcie „M”.
- Malfoy – wydusił z siebie Harry. – Ty draniu, ty skurw…
- Malfoy?! – pisnęła Circe, zagłuszając i prawie ogłuszając Pottera. – O czym ty gadasz?
- Zobacz – Harry podsunął Circe spinkę prawie pod nos.
Dziewczyna zezowała chwilę na złoty drobiazg, po czym potrzasnęła głową, wyrwała koledze spinkę i przyjrzała jej się. Przez ułamek sekundy Harry był pewien, że na twarzy Circe pojawiło się przerażenie. Po chwili doszedł jednak do wniosku, że to silne zdziwienie i musiał jej minę źle zinterpretować. Jednocześnie przemknęło mu przez głowę, że jeśli chodzi o miny i różne reakcje Circe, zawsze miał problem z ich interpretacją. Najczęściej pierwsze wrażenie pozostawiało dziwny niesmak i podejrzenia, dlatego zapewne szybko intuicję zastępował logicznym myśleniem. To zaś starał się usprawiedliwiać zbyt częstym przebywaniem w towarzystwie Hermiony. W głębi duszy czuł jednak, że po prostu nie chce, by Circe i zaufanie, którym ją obdarzył (małym, bo małym, ale zawsze), okazały się kolejną pomyłką… porażką… w jego życiu.
- Jesteś pewien, że to Malfoya? – zapytała podejrzliwie Circe.
- Tak – odparł bez wahania.
- I jak to się niby tam znalazło? – Kiwnęła głowa w stronę miejsca, gdzie Harry znalazł spinkę.
- Nie mam pojęcia. Bardziej zastanawia mnie, który Malfoy to tutaj zgubił.
Circe popatrzyła na Harry’ego z politowaniem.
- No chyba nie sadzisz, że Draco? – prychnęła. – Ten niedorajda nie potrafi nawet porządnie dziewczyny poderwać. Już chyba tobie idzie nieco lepiej – obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. – Choć w tobie urocze jest to, że chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy, kiedy podrywasz dziewczynę.
- Wiem, kiedy podrywam…
- Och, daruj sobie. Casanovą to ty nigdy nie będziesz. – Odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę drzwi. – Zabezpiecz tu wszystko, zaczekam na ciebie na dole.
Wyszła, zamykając za sobą drzwi i zostawiając nieco skołowanego Harry’ego samego.
Circe wyszła z budynku, myśląc o wszystkim naraz – o spince, o Malfoyu, o spince Malfoya, o Draco Malfoyu, o Lucjuszu Malfoyu, o Harrym jako Casanovie, o Harrym siedzącym na łóżku, o Harrym kryjącym twarz dłoniach, o zielonych oczach Harry’ego wypełnionych bólem, o zielonych oczach Harry’ego wypełniających się rozpaczą, gdy napotkały jej spojrzenie, i w reszcie o tych wszystkich przeróżnych, tak bardzo odmiennych i skrajnych uczuciach, które wypełniały ją przy każdej myśli. Najgorsze było jednak to, że tylko kilka z tych uczuć potrafiła nazwać – zaskoczenie, niedowierzanie, złość, żal. A co z resztą? Co z tymi kilkunastoma, powodującymi, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić – jak stać, jak ułożyć ręce, w którą stronę patrzeć. I jeszcze to nieznośne wrażenie, że wszyscy wokoło widzą, że wszyscy
wiedzą co się z nią dzieje. Może jednak powinna zostać u góry z Harrym? Nie… tam by było jeszcze gorzej.
W pewnym momencie obok Circe przeszedł starszy mężczyzna. Zerknął na nią tylko na ułamek sekundy, ale dziewczyna poczuła się, jakby patrzył na nią całą wieczność. Ba, jakby nie patrzył na nią, a w nią, w jej wnętrze, jakby dostrzegł i zrozumiał to, czego ona nawet nie potrafiła do końca opisać. Zemdliło ją. Przyłożyła dłoń do ust i wbiegła do zaułku między dwoma budynkami. Było tam ponuro, śmierdziało zgniłym jedzeniem i moczem, ale Circe poczuła się lepiej z dala od ludzkich spojrzeń. Ulga, która na nią spłynęła, pozwoliła jej oddychać. Niestety tylko do momentu, gdy czyjaś dłoń silnie, brutalnie zacisnęła się na jej karku, ponownie odcinając jej dopływ powietrza do płuc. Tym razem uczucia, jakie ją ogarnęły, aurorka mogła bezproblemowo nazwać – zaskoczenie, strach i panika.
Harry pozabezpieczał wszystko tuż po tym, jak Circe wyszła. Starał się nie myśleć o tym, co dziewczyna powiedziała. W ogóle starał się nie myśleć – nie miał na to ani ochoty, ani siły. Tak szczerze powiedziawszy, to najchętniej wróciłby teraz do domu i położył się spać. Powstrzymywała go przed tym tylko świadomość koszmarów, które na pewno przyszłyby tuż po zamknięciu powiek.
Zbiegł po schodach na dół i wyszedł przed budynek, w którym mieściło się mieszkanie notariusza. Była to stara kamienica, tuż po remoncie, bo jej beżowy kolor był niezwykle czysty. Wyróżniała się na tle pozostałych budynków stojących po jednej i drugiej stronie niewielkiej, dwupasmowej ulicy.
Harry rozejrzał się, szukając Circe. Zobaczył ją, jak wbiega między dwie kamienice. Westchnął ciężko – nie lubił takich zaułków, których swoją drogą było na tej ulicy pełno. Poszedł tam jednak za koleżanką.
- Circe… - Głos uwiązł mu w gardle.
Circe stała przyparta do ściany kamienicy, ledwo dotykając stopami ziemi, rozpaczliwie drapiąc po ręce i szarpiąc za ubranie mężczyznę, który ściskał ją jedną dłonią za gardło, unosząc jednocześnie lekko do góry. W drugiej natomiast trzymał sztylet. Różdżka Circe leżała na ziemi.
- Puść ją – krzyknął Harry, celując w napastnika różdżką. – Accio sztylet – zawołał, ale sztylet nawet nie drgnął.
Mężczyzna natomiast spojrzał na aurora, co zmusiło go do nagłego, głośnego wciągnięcia powietrza do płuc. Napastnikiem był Peter Pettigrew. Przez chwilę patrzyli na siebie obaj, nie ruszając się.
- Ani drgnij, Potter – krzyknął Peter, przybliżając sztylet do brzucha Circe. – Chyba, że chcesz zobaczyć, jak ta panienka wygląda od środka.
- A czy nie o to właśnie chodzi? – zapytał Harry przez zaciśnięte zęby. – Cokolwiek bym zrobił, zabijesz ją.
- Tak, ale jeśli drgniesz, zrobię to z tego powodu i będziesz ją miał na sumieniu. Połóż różdżkę na ziemi i kopnij ją w moją stronę.
- Żeby to zrobić, muszę drgnąć – zadrwił Harry.
- Nie bądź taki dowcipny, bo ona na tym ucierpi – krzyknął Peter, przysuwając sztylet jeszcze bliżej Circe.
Harry’ego na ułamek sekundy ogarnęła panika, gdy ostrze zetknęło się z brzuchem dziewczyny. Circe przywarła bardziej do ściany i znieruchomiała. Tylko jej klatka piersiowa poruszała się szybko od płytkich nerwowych oddechów, które udawało się dziewczynie złapać.
- Dobra, dobra, już ją odkładam – zawołał Harry, kładąc różdżkę na ziemi.
Kopnął ją lekko. Poturlała się tuż pod nogi Petera, jednak ten nie dźwignął jej, tylko bacznie obserwował Harry’ego. Auror myślał gorączkowo, co zrobić. Było pewne, że Pettigrew zabije Circe prędzej czy później. Jednak Harry nie mógł zrobić nawet kroku, bo opcja „prędzej” stałaby się bardzo realna. Przez moment pomyślał, że właśnie nadarzyła się okazja – Peter włożył sztylet za pas spodni i (wciąż bacznie obserwując Harry’ego) schylił się po różdżkę. Zanim jednak auror wykonał jakikolwiek ruch, zauważył, że dłoń, która zaciska się na szyi Circe, to ta podarowana przez Voldemorta – na tyle silna, by Peter bez większego wysiłku mógł zmiażdżyć gardło dziewczyny.
Śmierciożerca wycelował różdżką w Harry’ego.
- Chodź tu – powiedział, uśmiechając się cwano. – Czarny Pan będzie bardzo zadowolony, wiedząc, że wykonałem jego zadanie. A jak jeszcze mu ciebie przyprowadzę… - sapnął głośno. – Chodźże tu!
Harry powoli ruszył w stronę Petera, myśląc gorączkowo, czy ma jakieś szanse odebrać mu różdżkę. Jakieś miał na pewno, ale czy wystarczające. Nie chciał też ryzykować życia Circe. Choć z drugiej strony Pettigrew miał za zadanie zabić albinoskę. Dlaczego więc jeszcze tego nie zrobił? I dlaczego nie użył różdżki? Czemu chciał posłużyć się sztyletem?
Gdy Harry był niecałe dwa metry od Petera, Circe wydała zduszony, omdlały jęk. Dźwięk ten tylko na moment przykuł uwagę Śmierciożercy. Tyle czasu jednak Harry’emu wystarczyło. Szybko zrobił krok do przodu, obracając się jednocześnie o sto osiemdziesiąt stopni i stając obok Petera. Chwycił przeciwnika za nadgarstek, uniemożliwiając mu tym samym skierowanie różdżki gdzie indziej, niż przed siebie. Pettigrew sapnął ciężko z zaskoczenia i przerażenia jednocześnie, a następnie zrobił coś, czego Harry kompletnie się nie spodziewał – puścił Circe. Dziewczyna upadła na ziemię ledwo przytomna. Śmierciożerca uderzył Harry’ego w głowę z taką siłą, że ten zwalił się na ziemię i przez chwilę nie był pewien, co dokładnie się stało. Ten instynktowny odruch Pettigrewa ponownie dał mu przewagę. Znowu chwycił Circe za gardło, podnosząc ją do góry, a jednocześnie wycelował w Harry’ego różdżką, z której nagle wyłoniły się sznury i związały nadgarstki i kostki aurora.
Harry szarpnął parę razy rękami, choć wiedział dobrze, że to nic nie da. Był na przegranej pozycji, bez pomocy nie miał szans. Zaklął w myślach, niemal fizycznie odczuwając ból bezsilności.
W dłoni Petera błysnął sztylet, którego ostrze niebezpiecznie zbliżyło się do klatki piersiowej Circe.
- Uratowałem ci kiedyś życie – zawołał desperacko Harry, mając nadzieję, że zyska choć trochę czasu.
Pettigrew spojrzał na niego ze złością.
- Uratowałem ci życie – powtórzył Harry. – Jesteś moim dłużnikiem. Spłać dług, nie zabijaj jej.
- Spłacę dług, nie zabijając ciebie – warknął.
Harry dostrzegł nagle coś, co go częściowo ucieszyło, choć nie wiedział do końca dlaczego. Circe, ledwo łapiąc krótkie oddechy, przesunęła dłoń na pierś Petera. „Brawo, Aniele! Walcz!”, pomyślał.
Błysnęło oślepiające zielone światło. Harry odruchowo zmrużył oczy, więc tylko poczuł, jak coś nad nim przeleciało. Sznury oplatające jego nadgarstki i kostki zniknęły, więc auror szybko zerwał się na nogi i rozejrzał wokoło. Peter leżał, prawdopodobnie martwy, pod ścianą drugiego budynku. Circe, oddychając ciężko, podkuliła nogi i oplotła je rękoma.
- Zabiłam go – szepnęła z przerażeniem.
komentarze [6]